Moje wspomnienia z VI LO, - matura rok 1951: Sławomir Pieniążek

W roku 1947 skończyłem "podstawówkę" (nr VI na ul Św. Barbary) i zapisałem się do Liceum Ogólnokształcącego (najbliższe mojego miejsca zamieszkania - Grobla Angielska 18) to LO nr I na Wałach Piastowskich. Trochę to było daleko bo Długą Groblą do Motławy, promem na drugą stronę i wędrówka przez całą Wałową (żadnej komunikacji jeszcze nie było) i tak wędrowałem tam i z powrotem około miesiąca.

Pewnego dnia (dokładnej daty nie pamiętam) powiadomiono niektórych z nas, że Otwarto nowe VI LO na ul Siennickiej , wprowadzono rejonizację, i jutro mamy się tam zgłosić na zajęcia. Zgłosiłem się. Było to znacznie bliżej bo tylko 400 m. w linii prostej od mojego domu. Pierwszego dnia zebrano nas wszystkich na "placu apelowym" przed wejściem do szkoły i Dyrektor Szkoły p. Roman Gruszczyński. przywitał nas krótkim jedno-zdaniowym komunikatem: "jutro wszyscy zgłaszają się do szkoły na godz 8:00 i każdy przynosi ze sobą krzesło".

I tak to wyglądała uroczystość Inauguracji VI LO i mojej w nim edukacji Jakie były stoły nie pamiętam, ale krzesło było moje. Rozpocząłem edukację w klasie "wyrównawczej", która w czasie roku szkolnego przemianowana została na ósmą, a całe Liceum na 11-to klasowe.

Mieliśmy i mamy szczęście do reform szkolnictwa (to nam przynajmniej „obrodziło”). Całe cztery lata edukacji w VI LO wspominam (z perspektywy czasu) bardzo przyjemnie. Szczególnie utkwiła mi w pamięci praca ze mną polonistki Pani Profesor Radziwiłłowej, która starała się skorygować mój warszawski akcent, ciągle wypominając mi moje "łyżkie, szczotkie czy czapkie.

Niektóre "zagrania" profesorów dzisiejszym licealistom niewątpliwie wydadzą się co najmniej dziwne. Np. profesor od matematyki Pan M. zdenerwowany zachowaniem niektórych uczniów potrafił zakląć i rzucić w niesfornego kredą (jak trafił to bolało), ale działało, profesor od biologii Pan B. niesfornych rugał niewybrednymi słowami: "dureń, idiota, cymbał", też działało.

Moim najbardziej ulubionym przedmiotem była matematyka i byłem z niej dobry. Uczyła nas w klasie maturalnej matematyki prof. Celesz. Mnie przynajmniej umiała nią zainteresować. Na maturze, pomimo tego, że „miałem dodatkowe obowiązki wobec kolegów” to i tak swoją pracę oddałem jako pierwszy. Bardzo nieprzyjemnym zgrzytem na egzaminie ustnym z matematyki było następujące zdarzenie: „w komisji egzaminacyjnej zasiadał tzw. czynnik społeczny – przedstawiciel opiekuńczego zakładu pracy - szkoły. Naszym zakładem opiekuńczym było wówczas Przedsiębiorstwo Robót Czerpalnych i Podwodnych (do dzisiaj największe z okolicznych przedsiębiorstw) i tym czynnikiem społecznym był przedstawiciel Związku Zawodowego przy tym przedsiębiorstwie. W czasie egzaminu, rozwiązując jakieś zadanie potrzebowałem zastosować jakiś tam wzór. Ponieważ nigdy wzorów nie uczyłem się na pamięć, tylko starałem się zrozumieć temat, to w czasie egzaminu odkreśliłem w rogu tablicy określone pole i tam przeprowadzałem wyprowadzanie wzoru. „Czynnik społeczny” zadał Pani Profesor Celesz pytanie „ co abiturient (znał to określenie sic!) teraz robi? Prof. Celesz odpowiedziała, że wyprowadza wzór potrzebny do rozwiązania zadania. On na to, że abiturient powinien znać wzór na pamięć i on proponuje obniżenie mi stopnia  z egzaminu. Pomimo protestów Pani Profesor, on upierał się przy swoim. Na skutek tego na Świadectwie Maturalnym mam z matematyki „4”.

Bardzo mnie ten fakt zabolał. Jako ciekawostkę dodam, że kiedy w roku 1958 rozpocząłem pracę w PRCiP na stanowisku Kierownika Sekcji Obrotu Finansowego, ten sam człowiek nadal był członkiem Rady Zakładowej. Nie omieszkałem przy najbliższej okazji przypomnieć mu tą sytuację i zgłosić delikatną pretensję. Jego reakcja była następująca: „No wiesz, kazali mi pójść, to poszedłem,  na tym i tak się g…o znałem to siedziałem jak na tureckim kazaniu. A że wypadało się z raz odezwać to wypadło jak raz na ciebie. Po takim dictum nie mogłem już mieć do niego pretensji.

Po tego typu i podobnych perturbacjach w efekcie wszyscy z naszych dwóch klas A i B zdali maturę, większość wcześniej czy później pokończyli studia i ci którzy jeszcze żyją są beneficjentami ZUS-u. A niewielu z nas jeszcze żyje, oj niewielu.

W załącznikach kilka zdjęć kolegów z naszego rocznika

 

 

klasa 10 - przed Liceum na Pestalozzjego - od lewej ?, Janusz Kowalczyk, Pani Profesor Celesz,Henryk Nawrot, Sławomir Pieniążek.


 

 Klasa 11 na wycieczce w Karkonoszach z Panem Profesorem Andrzejewskim - zdjęcie na "zakręcie śmierci"


na moście na ul Elbląskiej - Wiktor Urbański, Jerzy Łuczywek, Tadeusz Zblewski, Wiesław Szczepański


łączność miasta ze wsią - zespół artystyczny z programem pieśni radzieckich - Zofia Kocot,Sławomir Pieniążek, Krystyna Łabudzka, siedzi Sabina Buśko.


na wycieczce na "zakręcie śmierci" palacze - Tadeusz Zblewski, Jerzy Łuczywek, Sławomir Pieniążek i Andrzej Kopcewicz


"nauka" na łonie przyrody - Tadeusz Zblewski, Zofia Kocot i Wiktor Urbański


 na luzie - Sławomir Pieniążek i Wiesław Szczepański


"Kawalerka"- Bernardyna Wróbel, Tadeusz Zblewski, ?.

 

Please publish modules in offcanvas position.

Free Joomla! template by Age Themes